Do pana Alana szedłem z uśmiechem na ustach. Krocząc
przez ulicę Przekątną szukałem odpowiedniego numeru domu. To była dziwna ulica.
Domu były małe z jednym piętrem i identyczne. Tylko kolory były różne. W końcu
spostrzegłem kremowy domek z numerem 9.
Miał ciemnobrązowy dach, a z boku mieszkania były brązowe drzwi. Na
pozór był to miły i wesoły dom, a geniusz, który krył się w środku, tylko
czekał, aby się ujawnić. Do mieszkania prowadziła ścieżka. Ogródek był duży i
zaniedbany. Spojrzałem na ogrody sąsiadów były zielone i wyglądały bardzo żywo,
a ten, był uschnięty dosłownie jak w jesień.
Podszedłem do drzwi i zapukałem delikatnie.
Usłyszałem ciche kroki i odsunąłem się od wejścia.
-A, to pan-powiedział
melancholijnym głosem pan Alan.
-Dzień dobry! -
powiedziałem żywo.
-Słucham? O co chodzi? A,
no tak przyszedł pan porozmawiać-powiedział ponuro.
Nadeszła niezręczna
sytuacja. Alan stał w drzwiach i wpatrywał się we mnie obojętnym wzrokiem, a ja
zestresowany czekałem, aż mnie wpuści do domu. Widać był mało gościnny.
-Czy… czy mógłbym wejść?
- spytałem pocierając niezręcznie dłonie.
-Jeśli pan musi… prosz… -
powiedział cicho i stanął obok drzwi.
Dom w środku był ciemny i nie miły. Przez korytarz wchodziło się do
brązowego salonu. Nad kanapą, na ścianie widniały rogi jelenia. Był to raczej
staroświecki salon, takie zwierzęta były w latach 70-tych. Jedną z bardziej
charakterystycznych rzeczy w jego domu, było to, że miał mnóstwo kolorowych
książek. To dodawało trochę życia salonowi.
-Piękny dom-powiedziałem
nieszczerze, ponieważ mi nie podobała się taka moda.
-Proszę nie kłamać, to
nie na miejscu-powiedział i wywrócił oczami.
-Ależ ja nie kłamię,
naprawdę ładny.
-Proszę pana, uważa mnie
pan za głupca, przecież bardzo łatwo zauważyć, że gdy się pan denerwuje zaciera
pan dłonie-powiedział dobitnie i usiadł na kanapie.
-Przepraszam, po prostu
nie chciałem pana urazić-powiedziałem.
-No, nie gniewam się,
proszę niech pan siądzie, jeśli musi-oznajmił i wskazał ręką na czarny fotel
obok czarnej kanapy.
-Dziękuję-powiedziałem i
znów zacząłem pocierać dłonie.
-Może mi pan powiedzieć,
jak się tam pan znalazł i co za odwaga kierowała panem, aby mnie uratować?
-spytałem.
-Odwaga, hm… tak, więc po prostu tamtędy
przejeżdżałem i spostrzegłem pana stojącego z rozłożonymi rękami, no i chyba
było moim zadaniem uratować pana. Po prostu dało się zauważyć, że ten pistolet
jest zabawką, a wtedy już nie zastanawiałem się długo…
-Jest pan niesamowity!
–pochwaliłem pana Alana.
-Nie musi mnie pan tak
chwalić, po prostu niech pan podziękuję i o mnie zapomni-powiedział i zapalił
papierosa- Chce pan? - spytał dając mi paczkę.
-Nie, dziękuję, nie
palę-oznajmiłem i wyprostowałem się.
-Szkoda, to nie jest
takie złe-powiedział i uśmiechnął się blado.
-No nie wiem, długo pan
nie pożyje jak będzie tak pan tyle palił-powiedziałem i pokręciłem głową.
-Przesadza pan.
-Ech, widzę, że nie da
się pan przeko…
-Nie, nie dam się-przerwał
mi.
Zapadła, około pięcio
minutowa cisza.
-Czym się pan zajmuje? –
spytałem niezręcznie.
-Teraz akurat
palę-powiedział cicho.
Zaśmiałem się. Kłęby
dymu, zbierały się nad nami.
-Nie o to chodzi, rozumie
pan, co pan robi w życiu, kim jest pan z zawodu? - spytałem.
-Nikim, siedzę w domu.
-Mógłby pan otworzyć
okno? Straszni tu duszno!- powiedziałem i zakasłałem.
-Dobrze…- powiedział z
kwaśną miną, ale wstał i otworzył je.
-Dziękuję, a z czego się
pan utrzymuje?
-Czasem pomagam policji.
-O! To bardzo ciekawe,
hm… a co pan właściwie robi?
Poczułem, że trafiłem w
mocny punkt Alana, wyprostował się, zapalił kolejnego papierosa i zaczął
opowiadać.
-No cóż… czasem po prostu
pomagam im rozwiązywać zagadki. Niektóre bardzo skomplikowane. Teraz na
przykład rozwiązuję zagadkę zniknięcia pewnej kobiety. Niestety nie mam żadnego
pomocnika i wszędzie muszę chodzić sam, bardzo mnie to irytuje, ponieważ chciałbym
go po coś wysłać, po prostu, aby mi pomógł.
-Ja mógłbym panu
pomóc-powiedziałem, Alan najwyraźniej czekał na tę odpowiedź, ponieważ w końcu
na mnie spojrzał i uśmiechnął się leciutko.
-Pan? Nie sądzę, żeby się
pan nadał, muszę mieć kogoś zaufanego, a pan mnie irytuje-powiedział i pokręcił
głową.
Zrobiłem smutną minę.
-Szkoda, jestem panu
dłużny. Teraz muszę już iść, ale jeśli by się pan zdecydował na moją pomoc,
albo żeby jeszcze porozmawiać, po prostu niech pan zadzwoni – powiedziałem i
dałem mu kartkę z moim imieniem i nazwiskiem, i adresem oraz numerem telefonu.
-Dziękuję, do widzenia –
powiedział i wziął ode mnie kartkę z obojętnym wyrazem twarzy.
-Do widzenia! –
powiedziałem i wyszedłem z niesamowitego domu.
Odchodząc spojrzałem jeszcze raz na ten kremowy dom i
w duchu modliłem się, aby zadzwonił do mnie pan Alan Nagel- mój nowy kolega.
Ciekawe opowiadanie ;)
OdpowiedzUsuńI jedno z moich ulubionych męskich imion - Alan.
:)