sobota, 30 czerwca 2012

Rozdział 2



                Do pana Alana szedłem z uśmiechem na ustach. Krocząc przez ulicę Przekątną szukałem odpowiedniego numeru domu. To była dziwna ulica. Domu były małe z jednym piętrem i identyczne. Tylko kolory były różne. W końcu spostrzegłem kremowy domek z numerem 9.  Miał ciemnobrązowy dach, a z boku mieszkania były brązowe drzwi. Na pozór był to miły i wesoły dom, a geniusz, który krył się w środku, tylko czekał, aby się ujawnić. Do mieszkania prowadziła ścieżka. Ogródek był duży i zaniedbany. Spojrzałem na ogrody sąsiadów były zielone i wyglądały bardzo żywo, a ten, był uschnięty dosłownie jak w jesień.
                Podszedłem do drzwi i zapukałem delikatnie. Usłyszałem ciche kroki i odsunąłem się od wejścia. 
-A, to pan-powiedział melancholijnym głosem pan Alan.
-Dzień dobry! - powiedziałem żywo.
-Słucham? O co chodzi? A, no tak przyszedł pan porozmawiać-powiedział ponuro.
Nadeszła niezręczna sytuacja. Alan stał w drzwiach i wpatrywał się we mnie obojętnym wzrokiem, a ja zestresowany czekałem, aż mnie wpuści do domu. Widać był mało gościnny.
-Czy… czy mógłbym wejść? - spytałem pocierając niezręcznie dłonie.
-Jeśli pan musi… prosz… - powiedział cicho i stanął obok drzwi.
Dom w środku był ciemny i nie miły. Przez korytarz wchodziło się do brązowego salonu. Nad kanapą, na ścianie widniały rogi jelenia. Był to raczej staroświecki salon, takie zwierzęta były w latach 70-tych. Jedną z bardziej charakterystycznych rzeczy w jego domu, było to, że miał mnóstwo kolorowych książek. To dodawało trochę życia salonowi.
-Piękny dom-powiedziałem nieszczerze, ponieważ mi nie podobała się taka moda.
-Proszę nie kłamać, to nie na miejscu-powiedział i wywrócił oczami.
-Ależ ja nie kłamię, naprawdę ładny.
-Proszę pana, uważa mnie pan za głupca, przecież bardzo łatwo zauważyć, że gdy się pan denerwuje zaciera pan dłonie-powiedział dobitnie i usiadł na kanapie.
-Przepraszam, po prostu nie chciałem pana urazić-powiedziałem.
-No, nie gniewam się, proszę niech pan siądzie, jeśli musi-oznajmił i wskazał ręką na czarny fotel obok czarnej kanapy.
-Dziękuję-powiedziałem i znów zacząłem pocierać dłonie.
-Może mi pan powiedzieć, jak się tam pan znalazł i co za odwaga kierowała panem, aby mnie uratować? -spytałem.
 -Odwaga, hm… tak, więc po prostu tamtędy przejeżdżałem i spostrzegłem pana stojącego z rozłożonymi rękami, no i chyba było moim zadaniem uratować pana. Po prostu dało się zauważyć, że ten pistolet jest zabawką, a wtedy już nie zastanawiałem się długo…
-Jest pan niesamowity! –pochwaliłem pana Alana.
-Nie musi mnie pan tak chwalić, po prostu niech pan podziękuję i o mnie zapomni-powiedział i zapalił papierosa- Chce pan? - spytał dając mi paczkę.
-Nie, dziękuję, nie palę-oznajmiłem i wyprostowałem się.
-Szkoda, to nie jest takie złe-powiedział i uśmiechnął się blado.
-No nie wiem, długo pan nie pożyje jak będzie tak pan tyle palił-powiedziałem i pokręciłem głową.
-Przesadza pan.
-Ech, widzę, że nie da się pan przeko…
-Nie, nie dam się-przerwał mi.
Zapadła, około pięcio minutowa cisza.
-Czym się pan zajmuje? – spytałem niezręcznie.
-Teraz akurat palę-powiedział cicho.
Zaśmiałem się. Kłęby dymu, zbierały się nad nami.
-Nie o to chodzi, rozumie pan, co pan robi w życiu, kim jest pan z zawodu? - spytałem.
-Nikim, siedzę w domu.
-Mógłby pan otworzyć okno? Straszni tu duszno!- powiedziałem i zakasłałem.
-Dobrze…- powiedział z kwaśną miną, ale wstał i otworzył je.
-Dziękuję, a z czego się pan utrzymuje?
-Czasem pomagam policji.
-O! To bardzo ciekawe, hm… a co pan właściwie robi?
Poczułem, że trafiłem w mocny punkt Alana, wyprostował się, zapalił kolejnego papierosa i zaczął opowiadać.
-No cóż… czasem po prostu pomagam im rozwiązywać zagadki. Niektóre bardzo skomplikowane. Teraz na przykład rozwiązuję zagadkę zniknięcia pewnej kobiety. Niestety nie mam żadnego pomocnika i wszędzie muszę chodzić sam, bardzo mnie to irytuje, ponieważ chciałbym go po coś wysłać, po prostu, aby mi pomógł.
-Ja mógłbym panu pomóc-powiedziałem, Alan najwyraźniej czekał na tę odpowiedź, ponieważ w końcu na mnie spojrzał i uśmiechnął się leciutko.
-Pan? Nie sądzę, żeby się pan nadał, muszę mieć kogoś zaufanego, a pan mnie irytuje-powiedział i pokręcił głową.
Zrobiłem smutną minę.
-Szkoda, jestem panu dłużny. Teraz muszę już iść, ale jeśli by się pan zdecydował na moją pomoc, albo żeby jeszcze porozmawiać, po prostu niech pan zadzwoni – powiedziałem i dałem mu kartkę z moim imieniem i nazwiskiem, i adresem oraz numerem telefonu.
-Dziękuję, do widzenia – powiedział i wziął ode mnie kartkę z obojętnym wyrazem twarzy.
-Do widzenia! – powiedziałem i wyszedłem z niesamowitego domu.
                Odchodząc spojrzałem jeszcze raz na ten kremowy dom i w duchu modliłem się, aby zadzwonił do mnie pan Alan Nagel- mój nowy kolega.

1 komentarz:

  1. Ciekawe opowiadanie ;)
    I jedno z moich ulubionych męskich imion - Alan.
    :)

    OdpowiedzUsuń