niedziela, 5 sierpnia 2012

Jesteś tu?

Witam. Niezmiernie przepraszam, że nie piszę tu nic, lecz teraz są wakacje i odpoczywam. Wrócę w Czwartek lub Piątek i dokończę 5 rozdział oraz dodam go tutaj. Jeśli w ogóle to ktoś czyta. Dajcie jakiś znak! :o
Jeśli nie - opowiadanie zostanie w Wordzie i nie dowiecie się co będzie na końcu. Przykro mi.
Do zobaczenia :)
Piszcie!

wtorek, 17 lipca 2012

Rozdział 4


Chłód przeszywał mnie przeraźliwie. Alan zamyślony palił papierosa. Mało się odzywał – mimo to praca z nim mi się podobała, ponieważ nie wiele robiłem. W kwestii spraw finansowych nie rozmawialiśmy jeszcze. Czuję, że to będzie trudny temat.
                Doszliśmy na ulicę Przekątną, gdzie mieszkał Nagel. Weszliśmy do domu. Alan zasłonił zasłony  i zapalił lampkę przy stoliku obok kanapy.
-Klausie –zaczął. –Nawet nie wiesz jak sprytny trafił nam się morderca!
-Jak to? –spytałem wstrząśnięty.
-To ja ci to wszystko wytłumaczę … Pamiętasz jak poszliśmy do pani Marii? –zapytał.
Przytaknąłem.
-Tam badaliśmy dołki wykopane przez pana Nikodema. Znalazłem tam czarny włos z głowy. Jutro dam go do zbadania fachowcy. Mój zaufany znajomy z policji- Adam. Tak, później poszliśmy do zakładu pogrzebowego, tam po zbadaniu ciał zauważyłem przypalone końcówki rękawów. Morderca nas zna- i dał nam podpowiedź. Musimy szukać człowieka, który dużo pali… Wszystko wskazywałoby na mnie, gdyby nie fakt, iż znalazłem przy ciele księdza skrawek gazety. Była tam data 26. 10. 1996 i kawałek napisu: „ Zawo…”, który wiem, że oznacza zawody. A skąd? Trzeba patrzeć mój drogi. Podaj mi proszę teraz dzisiejszą gazetę.
Zrobiłem tak jak mi kazał i nadal słuchałem w milczeniu.
-Spójrz tu –wskazał palcem na datę 26.10.1996 i napis: „Zawody kolarskie o 15. 30 obok Centrum Kultury w naszej wsi!” Był tam artykuł i zdjęcia kolarzy.
-Czyli rozumiem, jutro idziemy na zwody kolarskie? –spytałem.
-Czytasz w moich myślach! –powiedział Alan i uśmiechnął się lekko. Robił to coraz częściej. –A teraz, może zadzwoń do swojej żony, że zostaniesz u mnie na kilka nocy –dodał.
-Nie mam żony… -oznajmiłem ponuro.
-Ależ masz, wskazuje na to obrączka na serdecznym palcu- oznajmił.
-Może powinienem powiedzieć raczej, iż miałem żonę, zmarła mi kilka lat temu… -powiedziałem i załamałem ręce.
Spostrzegłem dziwny wzrok Alana. Bezradny i zły.
-Coś jest ze mną nie tak! Co się ze mną dzieje?! Przecież od razu widać złe szwy na pańskim ubraniu, to chyba oczywiste, że sam pan szyje ubrania! –wybuchł i chodził z jednego konta pokoju do drugiego.
-Alanie, uspokój się, prześpisz się i wszystko będzie w porządku, jesteś przemęczony –powiedziałem spokojnie.
-Tak, tak, och, chyba masz rację, ale chwila! Ja nie mogę spać, mam tyle spraw do załatwienia, a morderca nie może czekać! Chodźmy już do tego zakładu, pójdziemy na sekcję zwłok –oznajmił, założył szarą, bufiastą czapkę z daszkiem, czarny płaszcz i wyszedł nie czekając na mnie.
Czym prędzej założyłem mój płaszcz i melonik i wybiegłem za nim. Jak się okazało Alan czekał na mnie oparty przed drzwiami z papierosem w ręku.
-Myślisz, że bym na ciebie nie zaczekał? –zapytał.
-Nie, no nie, chodźmy już –powiedziałem.
Alan mimo tego, że pracowałem z nim jeden dzień, robił się coraz bardziej szalony. Cały zatracił się w tej zagadce. Wiem, że wiedział więcej ode mnie, a ja nie wiedziałem, na co mu jestem u licha potrzebny. Nasze uczucia ciągle się mieszały. Ja byłem zły- on szczęśliwy i na odwrót. Coś dziwnego się z nami wtedy działo. Czułem, że ta sprawa ma wielką wagę! Aczkolwiek czułem, iż coś złego dzieje się z Alanem. Może to, dlatego, iż go wtedy nie znałem tak dobrze?
Poszliśmy do zakładu pogrzebowego.  Tam czekał już na nas pan Henryk. Weszliśmy do środka.
-Witam –powiedział Alan i podał rękę panu Henrykowi. Lecz gdy ja chciałem to zrobić, nie pozwolił mi. Pan Rut akurat odszedł do magazynu gdzie leżały ciała.
-Chusteczka –szepnął mi tak, żeby Henryk nie usłyszał. Jak na staruszka miał nawet dobry słuch.
-Co?! Nie mam chusteczki –powiedziałem równie cicho.
-Jak to nie masz chusteczki?! Jak można nie mieć chusteczki? Pracujesz u mnie i nie masz ze sobą chusteczek?! –wybuchnął.
-No nie, nie powiedziałeś mi, że mam mieć! –oznajmiłem.
Alan zaczął wykonywać jakieś skomplikowane ruchy rękoma.
-Co się z tobą dzieje?! Jesteś przemęczony, po tej sekcji koniecznie musimy się udać na spoczynek! –powiedziałem szeptem.
-Masz rację, dziwne, ale masz rację –oznajmił bezczelnie.
-Czasami… - Tu urwałem, ponieważ wszedł pan Henryk. Chciałem powiedzieć, że czasami mam już jego dość! No niestety. Robił się coraz dziwniejszy, nie mogłem uwierzyć, że to dopiero jeden dzień. Długi dzień. A on był taki zmęczony. Powinienem go zabrać do domu. Zostaliśmy jeszcze na sekcję zwłok.
                Pan Henryk zaprowadził nas do mieszczącego się obok zakładu pogrzebowego – zakładu opieki zdrowotnej. Tam wprowadziliśmy ciała do chłodnego pomieszczenia. Nie było okien. Ściany były białe. Lampy rozświetliły pomieszczenie i można było zobaczyć na półkach i w wysuniętych blaszanych szufladach różne przyrządy. Z drzwi obok wyszedł patomorfolog i przedstawił się nam jako Mikołaj Zieliński.
-Tak, tak –mruczał oglądając ciało.
Dochodziła godzina trzecia w nocy, a pan Mikołaj nadal „kroił” ciało i mruczał coś pod nosem.
-Panie Alanie –w końcu zwrócił się do Nagela.
-Tak?
-Mamy tu dziwne przypadki. Pan… -tu spojrzał na tabliczkę z imieniem i nazwiskiem – Nikodem został zatruty. Pewnym nieznanym mnie środkiem. Pan… Adam, nasz ksiądz został uduszony, a pan… Piotr również został zatruty, ale znaną wszystkim trutką –gazem. Nic więcej nie da się wywnioskować z tych ciał. Ja już państwu podziękuję, do widzenia! Proszę szybko rozwiązać tę zagadkę –i wyszedł.
-Klausie, chodźmy już do domu. Masz rację, muszę się przespać –oznajmił Alan, więc wyszliśmy i od razu udaliśmy się do domu.  
Gdy weszliśmy do apartamentu, było tak jak zawsze w salonie. Zapomniałem dodać, że obok salonu była kuchnia, cała brązowa z kilkoma szafkami i lodówką. Na górze u Alana jeszcze nie byłem, więc gdy tam szedłem byłem bardzo podniecony, co ujrzę.  Moje oczekiwania się nie sprawdziły. Na drugim piętrze był jeden wielki strych. Kilka okien. Szara podłoga, ciemne ściany i pełno rozmaitych przyrządów walających się po różnych to mnie szych, to większych stołach. Rozejrzałem się po pokoju i zobaczyłem na ścianie duży obraz przedstawiający wielkie drzewo- orzecha, a obok niego małego człowieczka z podniesionymi w górę rękami. Nie patrzył na nas tylko na orzecha. Niebo na obrazie było niebieskie bez żadnej chmurki. W kącie obrazu spostrzegłem mały napis : „Jan Kopacz 1970v.” W kącie pokoju był materac z czerwoną, zaniedbaną pościelą, a po drugiej stronie łóżko z białą i czystą.
-Gdzie mam spać? –spytałem rozglądając się po pokoju.
-Na łóżku –powiedział i zaprosił mnie tam gestem.
-Och dziękuję, ale to chyba ja powinienem spać na materacu –oznajmiłem.
-Nie, ja nie śpię na tym łóżku, od dawna śpię na materacu, więc proszę –powiedział i zabrał się do jakiejś nieznanej mi czynności. Więc położyłem się i usnąłem.
Rano, zaczął mnie strasznie boleć brzuch. Otworzyłem oczy i krzyknąłem z przerażenia. Po drugiej stronie łóżka, na fotelu, siedział Alan i uważnie mi się przyglądał.
-O! Alanie, ale się przestraszyłem, dobrze, że jesteś – powiedziałem i próbowałem wstać.
-Na twoim miejscu bym się nie ruszał –powiedział.
-Dlaczego?
-Dostałeś dawkę mojej trucizny i patrzę jakie są skutki –powiedział.
-ZWARIOWAŁEŚ?! CHCESZ MNIE ZABIĆ?! DZWOŃ NA POGOTOWIE! –krzyknąłem.
-Przestań histeryzować, tylko powiedz co cię boli –oznajmił spokojnie.
-BRZUCH! NIE MOGĘ ODDYCHAĆ! –wybuchnąłem.
Czułem jak zatyka mi się przełyk, czułem, że umieram.
-Więc już czas podać lek –powiedział wstał i wyjął z czarnego pudełka strzykawkę.
Podszedł do mnie i wbił mi ją w podbrzusze. Nagle wszystko ustąpiło i poczułem się świetnie. Jak nigdy. Czułem lekkość. Jakbym latał. Odetchnąłem z ulgą. Ale nagle poczułem falę złości.
-DLACZEGO TO ZROBIŁEŚ?! –warknąłem.
-Chciałem sprawdzić działanie mojej trucizny.
-Spałeś w ogóle tej nocy? –spytałem.
-Nie, ja nie potrzebuję snu –oznajmił.
Wstałem powoli i zobaczyłem na tacy różne środki, krople i dzbanek. Spojrzałem do dzbanka. Była tam kawa, a wokół łóżka Alana walały się kubki, napoje energetyczne, paczki papierosów i inne świństwa.
-Przecież ty się wykończysz –oznajmiłem podnosząc krople do oczu. –Pijesz krople do oczu?!
-Tak, nie zważając na to, że jest ich mało, są bardzo dobre –powiedział i uśmiechnął się.
-Alanie, musimy znaleźć ci kobietę –powiedziałem stanowczo.
-We wsi grasuje seryjny morderca z zamiarem zamordowania kolejnej osoby, a ty mi tu mówisz o ożenku?! –powiedział.
-Dobrze, wrócimy do tego później, co robiłeś dzisiaj w nocy?
-Wiesz nic takiego szczególnego. Chodź pokażę ci coś. Albo nie, sam idź za czerwoną linią -Kroczyłem za nitką, przechodząc obok stołów. Dotarłem do miejsca, gdzie linka znikała, a była tam zasłona. Odsłoniłem ją i ujrzałem tę nitkę, która prowadziła do wielkiej mapy, a na mapie było pełno nazwisk, notatek, a szczególnie wyróżniała się ta linka, która za pomocą różnych spinek i spinaczy była przypięta do mapy.
-Robi wrażenie, co nie? –spytał Alan.
Przytaknąłem.  
-Idź dalej za czerwoną linią –oznajmił i mówił dalej, gdy doszedłem do pierwszego punktu.- Tu zginął pan Nikodem, policjant. Przyczyną zgonu było zatrucie nieznaną substancją… -prowadziłem nitkę do kolejnego punktu. –Tu zginął pan Piotr, lekarz. Przyczyną śmierci, było zatrucie gazem…- linia wędrowała dalej –Tu zginął ksiądz Adam, przyczyna zgonu uduszenie.  Wędruj dalej oznajmił- prowadziłem nitkę dalej, tym punktem była ulica Przekątna.
-Chce dorwać kogoś stąd? –spytałem przerażony.
-Tak! Tak! A teraz odsuń się. Jaki wzorek układa linia?
Spojrzałem na mapę. Przypominało to literę „M”.
-M? –spytałem.
-Tak, ten morderca daje nam wskazówki, musimy tylko wiedzieć, co to oznacza „M”, co łączy księdza, policjanta i lekarza oraz kogo chce zamordować na ulicy Przekątnej.  A dzisiaj idziemy na zawody kolarskie. 

______________________

Derry- niezmiernie dziękuję, że czytasz i odwiedzasz to opowiadanie. Lecz ty masz lepsze :)

piątek, 6 lipca 2012

Rozdział 3


Jakieś dwa tygodnie później, wziąłem siadając na kanapie gazetę do ręki i przeczytałem artykuł. Na początku było zdjęcie Alana z grobową miną, a pod nim wpis:
„Pan Alan Nagel dostał nagrodę od policji za pomoc w złapaniu zbira Olafa Rut.
 Złoczyńca porwał panią Ewę Skrzyniarz dla okupu. Pan Alan długo szukał zbira. W końcu, nie wiemy jak, wyśledził go. Był w opuszczonym domu na ulicy Kamiennej. Znalazł go przy pani Ewie. Była związana. Złoczyńca stał nad nią z nożem. Pan Alan szybko zainterweniował. Złapał zbira za rękę i kopnął w plecy. Potem zakuł w kajdanki i zadzwonił po naszych komisarzy.
Po rozprawie i skazaniu zbója na 15 lat więzienia odbyło się przyjęcie na cześć pana Alana Nagela, na której to właśnie dostał nagrodę.”
Niesamowity jest ten Alan, myślałem. Po przeczytaniu artykułu szybko wyszedłem do samochodu. Pojechałem do szkoły. Tam, niestety musiałem zapomnieć o panu Alanie i zająłem się nauczaniem dzieci.
 Kolejne dni mijały tak szybko, ciągle miałem nadzieje, że pan Nagel zadzwoni. Niestety nic takiego się nie działo. W końcu już zacząłem powoli o nim zapominać. Pewnego dnia wyszedłem do sklepu. Spostrzegłem przede mną wysokiego, umięśnionego pana. Zauważyłem w nim Alana.
-Dzień dobry! - spróbowałem.
Powoli mężczyzna odwrócił się. Zobaczyłem w nim tego Alana, na którego punkcie miałem obsesję, a teraz zacząłem o nim zapominać.
-Dzień dobry - odpowiedział. – Yyy… Pan Klaus, no tak. Czemu jest pan tak zestresowany? Już wiem, zapomniał pan o mnie, mówiłem?
-Nie, nie zapomniałem! Tylko stresuję się, ponieważ bardzo dawno pana nie widziałem…-odpowiedziałem. Niestety nie umiem kłamać, pan Alan pokręcił głową.
-Och panie Nosko, naprawdę długo pan nie pożyje jak będzie pan tak kłamał – i uśmiechnął się. Wiem, że mnie cytował. Nigdy nie widziałem takiego uśmiechu na jego twarzy. Był miły, ciepły i przede wszystkim szczery.  Nie mogłem się powstrzymać od uśmiechu.
Pani sprzedawczyni spojrzała na nas badawczym wzrokiem.
-Co podać? - spytała wolno.
-Papierosy-odpowiedział pan Alan.
-Panie Alanie? Dlaczego pan się uśmiecha? – spytała niepewnie.
-Wie pani, tak po prostu, mam jakiś dziwny dzień – powiedział, zapłacił i wyszedł z uśmiechem na ustach, nie żegnając się.
-A panu? - spytała.
Ja niestety nie słyszałem tego pytania, ponieważ dręczyło mnie, aby pójść za panem Alanem. Długo nie zastanawiając się wybiegłem ze sklepu i pomknąłem ku ciemnej postaci.
-Panie Alanie, panie…! – krzyknąłem za nim.
Pan Nagel gwałtownie się zatrzymał. Odwrócił się i przeszył mnie wzrokiem.
-Hm… Nie sądziłem, że tak szybko pan przybiegnie …Ciekawe… A może?- mówił do siebie i patrzył to od góry do dołu na moją zgiętą w pół sylwetkę ze zmęczenia.
-Pobiegłem za panem, ponieważ chciałem z panem porozmawiać – oznajmiłem.
-Tak wiem- powiedział i wywrócił oczami.
-Skąd pan wie?- spytałem zdziwiony.
-Proszę pana, widać to w pana oczach. Jak pan na mnie spojrzał to przeszył pana szok, ale i zadowolenie. Naprawdę nie wiem, dlaczego aż tak się pan mną zachwyca.
-Ponieważ jest pan niesamowity! Czytałem ostatni artykuł w gazecie, to, co pan robi jest wspaniałe! A i gratuluję nagrody! – powiedziałem dumnie.
-Dziękuję, wie pan… Może się przejdziemy? –spytał.
Zdumiałem się. Wytrzeszczyłem oczy, ale szybko przytaknąłem. Byłem zdziwiony, że pan Alan Nagel chce ze mną porozmawiać!  Poszliśmy do pobliskiego parku.
-Panie Nosko… -zaczął.
-Przepraszam, że panu przerywam, ale może pan do mnie po prostu mówić Klaus.
-Dobrze, więc Klausie, czy czytając gazetę natknąłeś się na mały artykuł, który mówił o tym, że zabito troje ludzi? Pana Nikodema, policjanta, pana Adama księdza oraz pana Piotra lekarza?
-Hm… Tak, tak, czytałem coś o tym, zabito ich i nie znaleziono przy nich żadnych dowodów zamordowania, nie wiedzą też jak ich uśmiercono.
-Tak, dokładnie, wszyscy zmarli niedaleko swoich domów.
Przytaknąłem.
-A czy twoja propozycja, abyś był moim partnerem jest nadal aktualna? – spytał i uśmiechnął się do siebie blado.
-Tak! Oczywiście!- powiedziałem i uśmiechnąłem się.
-To witam w moim małym świecie- powiedział i uścisnął mi mocno rękę.
-Więc, czym będziemy się zajmować? Co będę robił?- spytałem podniecony.
-Najpierw idziemy na miejsce zbrodni –oznajmił.
Wzdrygnąłem się, ale zaraz opanowałem, ponieważ, pan Alan spojrzał na mnie ze zdziwieniem na twarzy. 
                Szliśmy przez park już od godziny.  Przeszliśmy cały i poszliśmy do domu pana Nikodema.  Był to duży dom, blado- różowy.  Zapukaliśmy do drzwi. Otworzyła nam mała, jasnowłosa dziewczynka o pulchnej twarzy. Była ubrana w niebieską sukienkę.
-Dzień dobry!- powiedziała piskliwym głosem - Kim jesteście?
-Dzień dobry- powiedział Alan.- Ja jestem Alan Nagel, a to mój kolega Klaus Nosko, możemy wejść?
-Chwileczkę, zawołam mamę-powiedziała i pobiegła schodami na górę.
Zaraz w drzwiach pojawiła się piękna kobieta. Miała ciemne oczy, jasne włosy jak córka, była wysoka i ubrana w ciemną, obcisłą spódnicę i zieloną powiewną bluzkę. W ręce trzymała chusteczkę i popłakiwała cicho.
-Dzień dobry, nazywam się Marysia, a to moja córka Kamila-powiedziała.
-Witam. Ja jestem Alan Nagel, a to mój kolega Klaus Nosko. Pani jest rozumiem żoną pana Nikodema?
-Tak… - powiedziała i zaszlochała.
-Chcieliśmy zbadać miejsce zbrodni, gdzie to się stało?- spytał Alan.
-Zaprowadzę panów, Kamilo, chodź z nami-powiedziała.
Wyszliśmy z domu.  Pani Marysia zaprowadziła nas za dom. Kamila skakała wokół pana Alana, a ja powstrzymywałem się od śmiechu, kiedy to tłumaczył jej jak dorosłemu, że takie skakanie w jej wieku jest niestosowne. Widać nie umiał obchodzić się z dziećmi.
- To tutaj- wskazała ręką na dziurę obok drzewa Maria.
-Czy pan Nikodem coś kopał?- spytał Alan z przymrużonymi oczyma.
-Tak, chciał wykopać dołki na kwiaty- oznajmiła.
-Czyli kopał w dzień?
-Tak, dokładnie.
-Hm… -zamyślił się Alan.- Pozwoli pani, że zbadam to miejsce.
-Oczywiście.
Pan Alan przykucnął przy dołku. Ja przyglądałem się z góry. Badał dokładni każdą szczelinę. Wyciągnął z płaszcza fiolkę i wrzucił do niej pęsetą włos.
-Masz coś? –spytałem.
-Cii… -oznajmił.
Zamknąłem się. Badał długo to miejsce.
-Dobrze, już wiem. Pani Marysiu, wszystko widzę, tylko gdzie jest ciało? - spytał Alan wstając.
-Zabrano je, pogrzeb jest dzisiaj, na pewno jest już w trumnie- powiedziała smutno pani Maria.
-Więc musimy się już z panią pożegnać, Klausie idziemy!- powiedział.
Szybko pobiegliśmy do zakładu pogrzebowego.  Zajrzeliśmy przez okno. Było tam cicho i ciemno.  Alan zapukał do drzwi i nacisnął klamkę. Zadzwonił dzwoneczek nad nami. Na ścianach były półki z urnami. Jedne były większe, drugie mniejsze. Nagle przy biurku, nie wiadomo skąd wyrósł starszy mężczyzna. Miał siwe włosy. Był przygarbiony i nosił okulary na czubku nosa. Przyglądał się nam z podejrzliwym wyrazem twarzy.
-Witam, nazywam Alan, a to mój kolega Klaus- oznajmił detektyw.
-Dzie - dzień dobry- powiedział staruszek.- Nazy- nazywam s-się He- Henryk Rut. Jes - jestem kierownikiem.
-Chcielibyśmy zobaczyć ciało pana Nikodema Kusińskiego, a od razu pana Piotra Krawczyk oraz księdza Adama Pawłowskiego.
-P-prosz-proszę za- zamną- wyjąkał.
Zaprowadził nas do ciemnego pomieszczenia. Na środku stały trzy trumny, a w okół nich różne narzędzia, ubrania.
-Czy zwłoki są już ubrane, czy mają na sobie tamte ubrania? –spytał pan Alan.
-Je-jeszcze ta-tamte –wydukał staruszek.
-Czy moglibyśmy je obejrzeć?
-Tak.
Pan Henryk odsunął pokrywy. Ujrzałem straszny widok i zapach. Trzy ciała z otwartymi oczyma leżały bezwładnie w trumnach. Wzdrygnąłem się. Alan zachowywał powagę. Nic nim nie wstrząsnęło. Podszedł do pierwszego ciała, pana Nikodema, a ja za nim. Badał je. Wkładał różne dowody, takie jak np. skrawek papieru gazetowego z datą. Przy tym dowodzie zastanowił się trochę, a potem włożył go do woreczka. Potem podszedł do Piotra i podnosił jego ręce do góry i do dołu. Robiąc przy tym miny szaleńca. Pan Henryk patrzył przy tym na nas jak na jakiś psychopatów tańczących ze zwłokami.
-Klaus, spójrz tu –powiedział i wskazał na rękaw pana Piotra. Był podpalony.
-Podpalony… -oznajmiłem.
-Tak! Ale dlaczego? Zobaczmy rękawy innych ofiar –powiedział i podszedł do innych ciał. Każdy miał podpalony rękaw.
-To na pewno seryjny morderca, tylko, po co podpala skrawki rękawów?! Do czego mu to? Będą jeszcze inne ataki, Klausie musimy bardzo szybko działać nim dojdzie do kolejnego zabójstwa! A kiedy odbędzie się sekcja zwłok? –zwrócił się do pana Henryka, który stał pod ścianą i dziwnie się nam przyglądał.
-Dzi-dzisiaj wie- wie-wieczorem, około go-godziny dzie- dzie –dziewiętnastej.
-Więc my już podziękujemy i udamy się do mnie Klausie, zawitamy tu jeszcze wieczorem –oznajmił i wyszliśmy.
Zrobiło się chłodno i cicho na ulicach. Nie wiadomo czemu. Postanowiłem spytać Nagela, co wywnioskował.
-Alanie, więc co wywnioskowałeś? –spytałem cicho.
-Powiem ci u mnie, coś czuję, że coś się stało –oznajmił.
Tak więc w ciszy udaliśmy  się do jego domu.

 _____________________

Ostatnio zauważyłam, że codziennie, przynajmniej po 3 osoby odwiedza mojego bloga, bardzo bym chciała za to podziękować i zachęcam do czytania. Może uda mi się zrobić z tego dość dobre opowiadanie, zapraszam również na blogi innych blogomaniaków, które widnieją po prawej stronie twojego ekranu.  Możesz również zaobserwować tego blog a dodać komentarz, na pewno się odwdzięczę! :) Do zobaczenia :)

sobota, 30 czerwca 2012

Rozdział 2



                Do pana Alana szedłem z uśmiechem na ustach. Krocząc przez ulicę Przekątną szukałem odpowiedniego numeru domu. To była dziwna ulica. Domu były małe z jednym piętrem i identyczne. Tylko kolory były różne. W końcu spostrzegłem kremowy domek z numerem 9.  Miał ciemnobrązowy dach, a z boku mieszkania były brązowe drzwi. Na pozór był to miły i wesoły dom, a geniusz, który krył się w środku, tylko czekał, aby się ujawnić. Do mieszkania prowadziła ścieżka. Ogródek był duży i zaniedbany. Spojrzałem na ogrody sąsiadów były zielone i wyglądały bardzo żywo, a ten, był uschnięty dosłownie jak w jesień.
                Podszedłem do drzwi i zapukałem delikatnie. Usłyszałem ciche kroki i odsunąłem się od wejścia. 
-A, to pan-powiedział melancholijnym głosem pan Alan.
-Dzień dobry! - powiedziałem żywo.
-Słucham? O co chodzi? A, no tak przyszedł pan porozmawiać-powiedział ponuro.
Nadeszła niezręczna sytuacja. Alan stał w drzwiach i wpatrywał się we mnie obojętnym wzrokiem, a ja zestresowany czekałem, aż mnie wpuści do domu. Widać był mało gościnny.
-Czy… czy mógłbym wejść? - spytałem pocierając niezręcznie dłonie.
-Jeśli pan musi… prosz… - powiedział cicho i stanął obok drzwi.
Dom w środku był ciemny i nie miły. Przez korytarz wchodziło się do brązowego salonu. Nad kanapą, na ścianie widniały rogi jelenia. Był to raczej staroświecki salon, takie zwierzęta były w latach 70-tych. Jedną z bardziej charakterystycznych rzeczy w jego domu, było to, że miał mnóstwo kolorowych książek. To dodawało trochę życia salonowi.
-Piękny dom-powiedziałem nieszczerze, ponieważ mi nie podobała się taka moda.
-Proszę nie kłamać, to nie na miejscu-powiedział i wywrócił oczami.
-Ależ ja nie kłamię, naprawdę ładny.
-Proszę pana, uważa mnie pan za głupca, przecież bardzo łatwo zauważyć, że gdy się pan denerwuje zaciera pan dłonie-powiedział dobitnie i usiadł na kanapie.
-Przepraszam, po prostu nie chciałem pana urazić-powiedziałem.
-No, nie gniewam się, proszę niech pan siądzie, jeśli musi-oznajmił i wskazał ręką na czarny fotel obok czarnej kanapy.
-Dziękuję-powiedziałem i znów zacząłem pocierać dłonie.
-Może mi pan powiedzieć, jak się tam pan znalazł i co za odwaga kierowała panem, aby mnie uratować? -spytałem.
 -Odwaga, hm… tak, więc po prostu tamtędy przejeżdżałem i spostrzegłem pana stojącego z rozłożonymi rękami, no i chyba było moim zadaniem uratować pana. Po prostu dało się zauważyć, że ten pistolet jest zabawką, a wtedy już nie zastanawiałem się długo…
-Jest pan niesamowity! –pochwaliłem pana Alana.
-Nie musi mnie pan tak chwalić, po prostu niech pan podziękuję i o mnie zapomni-powiedział i zapalił papierosa- Chce pan? - spytał dając mi paczkę.
-Nie, dziękuję, nie palę-oznajmiłem i wyprostowałem się.
-Szkoda, to nie jest takie złe-powiedział i uśmiechnął się blado.
-No nie wiem, długo pan nie pożyje jak będzie tak pan tyle palił-powiedziałem i pokręciłem głową.
-Przesadza pan.
-Ech, widzę, że nie da się pan przeko…
-Nie, nie dam się-przerwał mi.
Zapadła, około pięcio minutowa cisza.
-Czym się pan zajmuje? – spytałem niezręcznie.
-Teraz akurat palę-powiedział cicho.
Zaśmiałem się. Kłęby dymu, zbierały się nad nami.
-Nie o to chodzi, rozumie pan, co pan robi w życiu, kim jest pan z zawodu? - spytałem.
-Nikim, siedzę w domu.
-Mógłby pan otworzyć okno? Straszni tu duszno!- powiedziałem i zakasłałem.
-Dobrze…- powiedział z kwaśną miną, ale wstał i otworzył je.
-Dziękuję, a z czego się pan utrzymuje?
-Czasem pomagam policji.
-O! To bardzo ciekawe, hm… a co pan właściwie robi?
Poczułem, że trafiłem w mocny punkt Alana, wyprostował się, zapalił kolejnego papierosa i zaczął opowiadać.
-No cóż… czasem po prostu pomagam im rozwiązywać zagadki. Niektóre bardzo skomplikowane. Teraz na przykład rozwiązuję zagadkę zniknięcia pewnej kobiety. Niestety nie mam żadnego pomocnika i wszędzie muszę chodzić sam, bardzo mnie to irytuje, ponieważ chciałbym go po coś wysłać, po prostu, aby mi pomógł.
-Ja mógłbym panu pomóc-powiedziałem, Alan najwyraźniej czekał na tę odpowiedź, ponieważ w końcu na mnie spojrzał i uśmiechnął się leciutko.
-Pan? Nie sądzę, żeby się pan nadał, muszę mieć kogoś zaufanego, a pan mnie irytuje-powiedział i pokręcił głową.
Zrobiłem smutną minę.
-Szkoda, jestem panu dłużny. Teraz muszę już iść, ale jeśli by się pan zdecydował na moją pomoc, albo żeby jeszcze porozmawiać, po prostu niech pan zadzwoni – powiedziałem i dałem mu kartkę z moim imieniem i nazwiskiem, i adresem oraz numerem telefonu.
-Dziękuję, do widzenia – powiedział i wziął ode mnie kartkę z obojętnym wyrazem twarzy.
-Do widzenia! – powiedziałem i wyszedłem z niesamowitego domu.
                Odchodząc spojrzałem jeszcze raz na ten kremowy dom i w duchu modliłem się, aby zadzwonił do mnie pan Alan Nagel- mój nowy kolega.

Rozdział 1



Rok 1996. W pewnej wsi mieszał Alan Nagel. Z pozoru wydawał się dość dziwny, ale to przez jego samotność. Nie miał nikogo, do kogo mógłby się zwrócić o pomoc, aż do pewnego dnia.
Był to człowiek skryty i cichy. Nie lubił wychodzić na dwór, nie lubił kontaktu z ludźmi. Miał czarne, zachodzące na uszy włosy. Jego szare oczy były przenikliwe i intrygujące. Był wysoki. Uwielbiał palić papierosy. Można by go uznać za dwudziesto- paroletniego łobuza. Tak sugerowała jego sylwetka. Lecz to, co kryło się w środku Alana, było niesamowite.
Jego zdolność logicznego myślenia i to jak posługiwał się swoim umysłem, jak w pełni go kontrolował zrobiło z niego sławnego człowieka, ale co z tego, jeśli Nagel go nie lubił. Chciał mieć przyjaciół, lecz nie mógł znaleźć nikogo, kto by go zrozumiał. 
-Dzień dobry-oznajmił cichym, niskim głosem wchodząc do pobliskiego sklepu spożywczego.
Był ubrany w ciemny płaszcz, czarne spodnie i brązową koszulkę.
-Dzień dobry, oj dobry! -powiedziała sprzedawczyni - Co podać? - dodała.
-Chleb i papierosy – powiedział Alan.
-Ech Alanie… Powinieneś skończyć z tym paleniem, niedługo cię to wykończy-powiedziała pani Ewa.
-To nie pani interes-powiedział krótko Alan, podziękował, pożegnał się i wyszedł ze sklepu.
                Niektórzy bali się Nagela. Był zawsze zły, zawsze zdenerwowany. Nie lubił, gdy ktoś wtrącał się w jego sprawy.  Wychodząc zapalił papierosa i wrócił szybko do domu. Tak idąc przez zatłoczoną ulicę rozmyślał nad życiem. Czy czasem nie powinien sobie go odebrać? Już dawno powinien to zrobić! Ale trzymało go przy życiu coś tu na ziemi. Jego zadaniem było dowiedzenie się, co.
                W swoim domu czytał rozmaite książki i gazety. Często wybierał wydział kryminalistyczny. Te różne zagadki, skomplikowane zbrodnie, to było to, co lubił. Jego przygoda z myśleniem dydaktycznym zaczęła się pewnego słonecznego dnia. Było to z ludzkiego punktu widzenia niemiłym wydarzeniem, lecz dla Alana nie, to było fascynujące. Jechał samochodem i spostrzegł na skraju lasu człowieka w masce z pistoletem, a naprzeciwko niego drugiego z rozłożonymi rękami, który głośno płakał. Alan zatrzymał się, wysiadł z samochodu i przyjrzał się uważniej postaciom. To, co go zaskoczyło to fakt, iż rozpoznał z dalekiej odległości ( kilkudziesięciu metrów) pistolet- zabawkę.  To było oczywiste. Miał jasno-szarą powłokę i z daleka, można było poznać, że lufa jest plastikowa. Nie wahał się długo i podbiegł do zbójcy. W drodze obmyślił plan, którym miał pokonać złoczyńcę.  Tak jak przewidział, mężczyzna wycelował w niego pistoletem. Alan udał przerażoną minę, a potem pomachał mu ręką przed oczyma. Ten skołowany opuścił pistolet, a Nagel w tym czasie walnął go pięścią w brzuch. Złoczyńca uciekł, a ofiara tej napaści podleciała szybko do Alana i uścisnęła mu dłoń.
-Och dziękuję panu, już myślałem, że to koniec, że już po mnie. Pańska odwaga powinna być nagrodzona. Tak! Zapłacę panu. Był pan niesamowity, jak pan to zrobił?
-Dziękuję, nie zgodzę się na zapłatę, normalnie, ten pistolet to była zabawka-powiedział Alan i wyrwał się z uścisku mężczyzny.
-Niesamowite. Jestem…
I tu na scenę wkraczam ja. Wysoki, blady nauczyciel języka polskiego w gimnazjum w pobliskiej wsi.  Nazywam się Klaus Nosko. Moja niesamowita i pełna przygód historia z Alanem Nagelem, zaczyna się właśnie tego dnia.
-…Klaus Nosko.
-Alan Nagel-przedstawił się.
-Naprawdę nie mogę uwierzyć, że żyję, cały czas byłem przekonany, że to prawdziwy pistolet, dziękuję panu jeszcze raz za taką hojność!
-Nie ma, za co, przepraszam, ale muszę już iść, dowidzenia.
-Musi pan już iść? Nie da się pan zaprosić na kawę lub coś w tym stylu?- spytałem.
-Nie, raczej nie.
-A mógłbym jakieś namiary na pana?
-No cóż… Dobrze, mieszkam tutaj na ulicy Przekątnej 9.
-Och, mam do pana niedaleko! Czy mógłbym przyjść do pana na przykład w Sobotę? - spytałem z nadzieją, chciałem poznać mojego wybawcę.
-Niech… no, niech… bę…
-Dobrze, więc do zobaczenia, przyjdę tak około dwunastej- uścisnąłem jeszcze raz dłoń Alana i wróciłem piechotą do domu.
                Wracając myślałem o tym wydarzeniu. Co za szczęście, że nie porwał mnie ten złoczyńca.