wtorek, 17 lipca 2012

Rozdział 4


Chłód przeszywał mnie przeraźliwie. Alan zamyślony palił papierosa. Mało się odzywał – mimo to praca z nim mi się podobała, ponieważ nie wiele robiłem. W kwestii spraw finansowych nie rozmawialiśmy jeszcze. Czuję, że to będzie trudny temat.
                Doszliśmy na ulicę Przekątną, gdzie mieszkał Nagel. Weszliśmy do domu. Alan zasłonił zasłony  i zapalił lampkę przy stoliku obok kanapy.
-Klausie –zaczął. –Nawet nie wiesz jak sprytny trafił nam się morderca!
-Jak to? –spytałem wstrząśnięty.
-To ja ci to wszystko wytłumaczę … Pamiętasz jak poszliśmy do pani Marii? –zapytał.
Przytaknąłem.
-Tam badaliśmy dołki wykopane przez pana Nikodema. Znalazłem tam czarny włos z głowy. Jutro dam go do zbadania fachowcy. Mój zaufany znajomy z policji- Adam. Tak, później poszliśmy do zakładu pogrzebowego, tam po zbadaniu ciał zauważyłem przypalone końcówki rękawów. Morderca nas zna- i dał nam podpowiedź. Musimy szukać człowieka, który dużo pali… Wszystko wskazywałoby na mnie, gdyby nie fakt, iż znalazłem przy ciele księdza skrawek gazety. Była tam data 26. 10. 1996 i kawałek napisu: „ Zawo…”, który wiem, że oznacza zawody. A skąd? Trzeba patrzeć mój drogi. Podaj mi proszę teraz dzisiejszą gazetę.
Zrobiłem tak jak mi kazał i nadal słuchałem w milczeniu.
-Spójrz tu –wskazał palcem na datę 26.10.1996 i napis: „Zawody kolarskie o 15. 30 obok Centrum Kultury w naszej wsi!” Był tam artykuł i zdjęcia kolarzy.
-Czyli rozumiem, jutro idziemy na zwody kolarskie? –spytałem.
-Czytasz w moich myślach! –powiedział Alan i uśmiechnął się lekko. Robił to coraz częściej. –A teraz, może zadzwoń do swojej żony, że zostaniesz u mnie na kilka nocy –dodał.
-Nie mam żony… -oznajmiłem ponuro.
-Ależ masz, wskazuje na to obrączka na serdecznym palcu- oznajmił.
-Może powinienem powiedzieć raczej, iż miałem żonę, zmarła mi kilka lat temu… -powiedziałem i załamałem ręce.
Spostrzegłem dziwny wzrok Alana. Bezradny i zły.
-Coś jest ze mną nie tak! Co się ze mną dzieje?! Przecież od razu widać złe szwy na pańskim ubraniu, to chyba oczywiste, że sam pan szyje ubrania! –wybuchł i chodził z jednego konta pokoju do drugiego.
-Alanie, uspokój się, prześpisz się i wszystko będzie w porządku, jesteś przemęczony –powiedziałem spokojnie.
-Tak, tak, och, chyba masz rację, ale chwila! Ja nie mogę spać, mam tyle spraw do załatwienia, a morderca nie może czekać! Chodźmy już do tego zakładu, pójdziemy na sekcję zwłok –oznajmił, założył szarą, bufiastą czapkę z daszkiem, czarny płaszcz i wyszedł nie czekając na mnie.
Czym prędzej założyłem mój płaszcz i melonik i wybiegłem za nim. Jak się okazało Alan czekał na mnie oparty przed drzwiami z papierosem w ręku.
-Myślisz, że bym na ciebie nie zaczekał? –zapytał.
-Nie, no nie, chodźmy już –powiedziałem.
Alan mimo tego, że pracowałem z nim jeden dzień, robił się coraz bardziej szalony. Cały zatracił się w tej zagadce. Wiem, że wiedział więcej ode mnie, a ja nie wiedziałem, na co mu jestem u licha potrzebny. Nasze uczucia ciągle się mieszały. Ja byłem zły- on szczęśliwy i na odwrót. Coś dziwnego się z nami wtedy działo. Czułem, że ta sprawa ma wielką wagę! Aczkolwiek czułem, iż coś złego dzieje się z Alanem. Może to, dlatego, iż go wtedy nie znałem tak dobrze?
Poszliśmy do zakładu pogrzebowego.  Tam czekał już na nas pan Henryk. Weszliśmy do środka.
-Witam –powiedział Alan i podał rękę panu Henrykowi. Lecz gdy ja chciałem to zrobić, nie pozwolił mi. Pan Rut akurat odszedł do magazynu gdzie leżały ciała.
-Chusteczka –szepnął mi tak, żeby Henryk nie usłyszał. Jak na staruszka miał nawet dobry słuch.
-Co?! Nie mam chusteczki –powiedziałem równie cicho.
-Jak to nie masz chusteczki?! Jak można nie mieć chusteczki? Pracujesz u mnie i nie masz ze sobą chusteczek?! –wybuchnął.
-No nie, nie powiedziałeś mi, że mam mieć! –oznajmiłem.
Alan zaczął wykonywać jakieś skomplikowane ruchy rękoma.
-Co się z tobą dzieje?! Jesteś przemęczony, po tej sekcji koniecznie musimy się udać na spoczynek! –powiedziałem szeptem.
-Masz rację, dziwne, ale masz rację –oznajmił bezczelnie.
-Czasami… - Tu urwałem, ponieważ wszedł pan Henryk. Chciałem powiedzieć, że czasami mam już jego dość! No niestety. Robił się coraz dziwniejszy, nie mogłem uwierzyć, że to dopiero jeden dzień. Długi dzień. A on był taki zmęczony. Powinienem go zabrać do domu. Zostaliśmy jeszcze na sekcję zwłok.
                Pan Henryk zaprowadził nas do mieszczącego się obok zakładu pogrzebowego – zakładu opieki zdrowotnej. Tam wprowadziliśmy ciała do chłodnego pomieszczenia. Nie było okien. Ściany były białe. Lampy rozświetliły pomieszczenie i można było zobaczyć na półkach i w wysuniętych blaszanych szufladach różne przyrządy. Z drzwi obok wyszedł patomorfolog i przedstawił się nam jako Mikołaj Zieliński.
-Tak, tak –mruczał oglądając ciało.
Dochodziła godzina trzecia w nocy, a pan Mikołaj nadal „kroił” ciało i mruczał coś pod nosem.
-Panie Alanie –w końcu zwrócił się do Nagela.
-Tak?
-Mamy tu dziwne przypadki. Pan… -tu spojrzał na tabliczkę z imieniem i nazwiskiem – Nikodem został zatruty. Pewnym nieznanym mnie środkiem. Pan… Adam, nasz ksiądz został uduszony, a pan… Piotr również został zatruty, ale znaną wszystkim trutką –gazem. Nic więcej nie da się wywnioskować z tych ciał. Ja już państwu podziękuję, do widzenia! Proszę szybko rozwiązać tę zagadkę –i wyszedł.
-Klausie, chodźmy już do domu. Masz rację, muszę się przespać –oznajmił Alan, więc wyszliśmy i od razu udaliśmy się do domu.  
Gdy weszliśmy do apartamentu, było tak jak zawsze w salonie. Zapomniałem dodać, że obok salonu była kuchnia, cała brązowa z kilkoma szafkami i lodówką. Na górze u Alana jeszcze nie byłem, więc gdy tam szedłem byłem bardzo podniecony, co ujrzę.  Moje oczekiwania się nie sprawdziły. Na drugim piętrze był jeden wielki strych. Kilka okien. Szara podłoga, ciemne ściany i pełno rozmaitych przyrządów walających się po różnych to mnie szych, to większych stołach. Rozejrzałem się po pokoju i zobaczyłem na ścianie duży obraz przedstawiający wielkie drzewo- orzecha, a obok niego małego człowieczka z podniesionymi w górę rękami. Nie patrzył na nas tylko na orzecha. Niebo na obrazie było niebieskie bez żadnej chmurki. W kącie obrazu spostrzegłem mały napis : „Jan Kopacz 1970v.” W kącie pokoju był materac z czerwoną, zaniedbaną pościelą, a po drugiej stronie łóżko z białą i czystą.
-Gdzie mam spać? –spytałem rozglądając się po pokoju.
-Na łóżku –powiedział i zaprosił mnie tam gestem.
-Och dziękuję, ale to chyba ja powinienem spać na materacu –oznajmiłem.
-Nie, ja nie śpię na tym łóżku, od dawna śpię na materacu, więc proszę –powiedział i zabrał się do jakiejś nieznanej mi czynności. Więc położyłem się i usnąłem.
Rano, zaczął mnie strasznie boleć brzuch. Otworzyłem oczy i krzyknąłem z przerażenia. Po drugiej stronie łóżka, na fotelu, siedział Alan i uważnie mi się przyglądał.
-O! Alanie, ale się przestraszyłem, dobrze, że jesteś – powiedziałem i próbowałem wstać.
-Na twoim miejscu bym się nie ruszał –powiedział.
-Dlaczego?
-Dostałeś dawkę mojej trucizny i patrzę jakie są skutki –powiedział.
-ZWARIOWAŁEŚ?! CHCESZ MNIE ZABIĆ?! DZWOŃ NA POGOTOWIE! –krzyknąłem.
-Przestań histeryzować, tylko powiedz co cię boli –oznajmił spokojnie.
-BRZUCH! NIE MOGĘ ODDYCHAĆ! –wybuchnąłem.
Czułem jak zatyka mi się przełyk, czułem, że umieram.
-Więc już czas podać lek –powiedział wstał i wyjął z czarnego pudełka strzykawkę.
Podszedł do mnie i wbił mi ją w podbrzusze. Nagle wszystko ustąpiło i poczułem się świetnie. Jak nigdy. Czułem lekkość. Jakbym latał. Odetchnąłem z ulgą. Ale nagle poczułem falę złości.
-DLACZEGO TO ZROBIŁEŚ?! –warknąłem.
-Chciałem sprawdzić działanie mojej trucizny.
-Spałeś w ogóle tej nocy? –spytałem.
-Nie, ja nie potrzebuję snu –oznajmił.
Wstałem powoli i zobaczyłem na tacy różne środki, krople i dzbanek. Spojrzałem do dzbanka. Była tam kawa, a wokół łóżka Alana walały się kubki, napoje energetyczne, paczki papierosów i inne świństwa.
-Przecież ty się wykończysz –oznajmiłem podnosząc krople do oczu. –Pijesz krople do oczu?!
-Tak, nie zważając na to, że jest ich mało, są bardzo dobre –powiedział i uśmiechnął się.
-Alanie, musimy znaleźć ci kobietę –powiedziałem stanowczo.
-We wsi grasuje seryjny morderca z zamiarem zamordowania kolejnej osoby, a ty mi tu mówisz o ożenku?! –powiedział.
-Dobrze, wrócimy do tego później, co robiłeś dzisiaj w nocy?
-Wiesz nic takiego szczególnego. Chodź pokażę ci coś. Albo nie, sam idź za czerwoną linią -Kroczyłem za nitką, przechodząc obok stołów. Dotarłem do miejsca, gdzie linka znikała, a była tam zasłona. Odsłoniłem ją i ujrzałem tę nitkę, która prowadziła do wielkiej mapy, a na mapie było pełno nazwisk, notatek, a szczególnie wyróżniała się ta linka, która za pomocą różnych spinek i spinaczy była przypięta do mapy.
-Robi wrażenie, co nie? –spytał Alan.
Przytaknąłem.  
-Idź dalej za czerwoną linią –oznajmił i mówił dalej, gdy doszedłem do pierwszego punktu.- Tu zginął pan Nikodem, policjant. Przyczyną zgonu było zatrucie nieznaną substancją… -prowadziłem nitkę do kolejnego punktu. –Tu zginął pan Piotr, lekarz. Przyczyną śmierci, było zatrucie gazem…- linia wędrowała dalej –Tu zginął ksiądz Adam, przyczyna zgonu uduszenie.  Wędruj dalej oznajmił- prowadziłem nitkę dalej, tym punktem była ulica Przekątna.
-Chce dorwać kogoś stąd? –spytałem przerażony.
-Tak! Tak! A teraz odsuń się. Jaki wzorek układa linia?
Spojrzałem na mapę. Przypominało to literę „M”.
-M? –spytałem.
-Tak, ten morderca daje nam wskazówki, musimy tylko wiedzieć, co to oznacza „M”, co łączy księdza, policjanta i lekarza oraz kogo chce zamordować na ulicy Przekątnej.  A dzisiaj idziemy na zawody kolarskie. 

______________________

Derry- niezmiernie dziękuję, że czytasz i odwiedzasz to opowiadanie. Lecz ty masz lepsze :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz